8 maj 2015

Rozdział 1.

Rodzice starają się się jak mogą abym niczego nie potrzebowała i czuła się dobrze. 
Jestem im za to oczywiście bardzo wdzięczna i w ogóle ale czasem przesadzają i są wręcz nie do zniesienia. OK, rozumiem, miałam wypadek, ledwo przeżyłam i doznałam częściowej amnezji, ale minął już prawie rok! Nie muszą obchodzić się ze mną jak z jajkiem. Irytuje mnie już to wszystko. A świadomość że robią to bardziej dla siebie niż dla mnie - bardzo im na rękę że mają mnie ciągle przy sobie i mogą mnie pilnować (czyt. kontrolować) na każdym kroku - irytuje mnie najbardziej. Przecież nie mogą wciąż trzymać mnie w domu i udawać że nic się nie stało, że jest ok, gdy tak naprawdę stało się i to dużo. To nie fair! Straciłam już wspomnienia, połowę swojego życia i nie chcę kolejnej połowy zmarnować w mojej "przeklętej wieży" zwanej domem... 
Dlatego wczoraj wieczorem postawiłam się i wynegocjowałam pierwszy krok w kierunku normalności- odwiedziny. Dziś pierwszy raz od wypadku przyjdzie do mnie Angie - moja najlepsza i jedyna z niewielu osób jakie pamiętam - przyjaciółka, 
- Lulu- słyszę głos mamy z dołu - Masz już GOŚCIA -na ostatnie słowo dała taki nacisk, ze już widzę jej lodowate spojrzenie, jakim obdarzyła biedną Angie. 
- Idę, idę - odpowiadam, niemalże zbiegając na dół. Gdy dostrzegam mojego " gościa", dosłownie zeskakuje z ostatnich dwóch stopni i biegnę w stronę drobnej blondynki, uśmiechającej się do mnie szeroko. 
- Lu! Świetnie wyglądasz - komplementuje mnie w trakcie buziaków i uścisków, a mnie serce dosłownie mięknie na zdrobnienie mojego imienia. 
-Oh! Angie jak ja za tobą tęskniłam!- wzdycham w jej ramiona zalana łzami szczęścia. Czuję na sobie wzrok mamy. Stoi nadal przy drzwiach i przygląda się nam sceptycznie. Ocieram łzy wierzchem dłoni i łapie przyjaciółkę za rękę. 
- Chodźmy do mnie - prowadzę dziewczynę na górę, posyłając mamie groźne spojrzenie . 
W pokoju mościmy się wygodnie na  dużym łóżku i Angie zaczyna "rozmowę".
-Wszystko w porządku? Jak sie czujesz? Jak to się stało?  Pamiętasz coś?  - potok słów wypływa  z jej drobnych usteczek z prędkością karabinu maszynowego.
-Spokojnie, po kolei - uciszam ją ze śmiechem - Już jest dobrze. Kilka pierwszych tygodni, to był koszmar.
 Mówiłam prawdę, to było okropne. Byłam cała obolała i posiniaczona, z wielką dziur w pamięci.  Nie chciała bym przechodzić tego jeszcze raz. I nikomu, nawet najgorszemu wrogowi,  tego nie życzę. - Z samego wypadku dużo nie pamiętam. Jakieś urywki, przebłyski, rozmazane, niewyraźne twarze i kakofonia dźwięków. Jechałam z kimś samochodem. Grała bardzo głośna muzyka, a my chyba śpiewaliśmy i bardzo się wygłupialiśmy. Ale nie wiem kto to był, nie mogę sobie przypomnieć. A już za chwilę, jak by z podziemi, pojawiła sie wielka ciężarówka. Potem pamietam tylko głośny huk i przerażający ból. I tyle-dokończyłam, wzruszając przepraszająco ramionami. Śliczna buźka dziewczyny wykrzywiła się ze współczucia. 
-I nie pamiętasz z kim jechałaś? - zapytała ostrożnie.
- Niestety nie.
- A to co?- podążyłam za jej spojrzeniem. Z pod bluzki wysunął się mój srebrny wisiorek, z papierowym samolocikiem jako przywieszką. Podobno gdy przyjechało pogotowie, ściskałam go w pięści, chociaż byłam nieprzytomna. Miła pielęgniarka która się mną opiekowała, stwierdziła że to mój szczęśliwy amulet, który mnie uratował. 
-Oh, to. Mam go od wypadku - uśmiechnęłam się czule, łapiąc samolocik w dwa palce. 
- Ładny - mruknęła tylko, ucinając temat. 
 Siedziałyśmy tak do wieczora, śmiejąc się i wygłupiając. 
- Może wybierzemy się jutro do wesołego miasteczka? - zaproponowała, gdy zegnałyśmy się przy wyjściu. Zastanowiłam się. Tak dawno nigdzie nie byłam.
- Jasne, to świetny pomysł - zgodziłam się.
- Super! W takim razie do jutra Lu - cmoknęła mnie w policzek i wyszła. 
  Teraz czas na krok drugi  - wyjście z przeklętej wieży. 


30 kwi 2015

Prolog

Jestem w parku. Ciepły, letni wietrzyk rozwiewa moje włosy. Jest wieczór i w koło nie ma nikogo. Tylko z oddali dobiega przytłumiony odgłos samochodów. Ciemność obejmuje wszystko. Tylko nikły blask księżyca i małe płomienie kilku świeczek, stojących na kocu, rozjaśniają mrok.  Nie jestem jednak sama. Czuje obok siebie obecność drugiej osoby. Nie znam jej a jednocześnie znam. Jest mi dobrze. Czuje się bezpieczna, chroniona. Cisza która między nami panuje nie jest niekomfortowa, wręcz przeciwnie. Jest dobra, słowa nie są tu potrzebne. Odwracam powoli głowę, ale ciemność skrywa twarz chłopaka, Wytężam wzrok aby coś dostrzec, ale nie mogę. Chcę go zobaczyć, musze to zrobić ale nie mogę... 
- Na zawsze Lulu, pamiętaj. - Szepcze chłopak. Ma niski, lekko ochrypnięty głos. Taki piękny i znajomy. Znam go, czuje to... 
I nagle wszystko się oddala, rozmazuję, znika. Nie ma już nic, prócz pary zielonych oczu. 
Zdumiewających, zielonych oczu, patrzących na mnie z miłością. 
Budzę się ze smutkiem.