Rodzice starają się się jak mogą abym niczego nie potrzebowała i czuła się dobrze.
Jestem im za to oczywiście bardzo wdzięczna i w ogóle ale czasem przesadzają i są wręcz nie do zniesienia. OK, rozumiem, miałam wypadek, ledwo przeżyłam i doznałam częściowej amnezji, ale minął już prawie rok! Nie muszą obchodzić się ze mną jak z jajkiem. Irytuje mnie już to wszystko. A świadomość że robią to bardziej dla siebie niż dla mnie - bardzo im na rękę że mają mnie ciągle przy sobie i mogą mnie pilnować (czyt. kontrolować) na każdym kroku - irytuje mnie najbardziej. Przecież nie mogą wciąż trzymać mnie w domu i udawać że nic się nie stało, że jest ok, gdy tak naprawdę stało się i to dużo. To nie fair! Straciłam już wspomnienia, połowę swojego życia i nie chcę kolejnej połowy zmarnować w mojej "przeklętej wieży" zwanej domem...
Dlatego wczoraj wieczorem postawiłam się i wynegocjowałam pierwszy krok w kierunku normalności- odwiedziny. Dziś pierwszy raz od wypadku przyjdzie do mnie Angie - moja najlepsza i jedyna z niewielu osób jakie pamiętam - przyjaciółka,
- Lulu- słyszę głos mamy z dołu - Masz już GOŚCIA -na ostatnie słowo dała taki nacisk, ze już widzę jej lodowate spojrzenie, jakim obdarzyła biedną Angie.
- Idę, idę - odpowiadam, niemalże zbiegając na dół. Gdy dostrzegam mojego " gościa", dosłownie zeskakuje z ostatnich dwóch stopni i biegnę w stronę drobnej blondynki, uśmiechającej się do mnie szeroko.
- Lu! Świetnie wyglądasz - komplementuje mnie w trakcie buziaków i uścisków, a mnie serce dosłownie mięknie na zdrobnienie mojego imienia.
-Oh! Angie jak ja za tobą tęskniłam!- wzdycham w jej ramiona zalana łzami szczęścia. Czuję na sobie wzrok mamy. Stoi nadal przy drzwiach i przygląda się nam sceptycznie. Ocieram łzy wierzchem dłoni i łapie przyjaciółkę za rękę.
- Chodźmy do mnie - prowadzę dziewczynę na górę, posyłając mamie groźne spojrzenie .
W pokoju mościmy się wygodnie na dużym łóżku i Angie zaczyna "rozmowę".
-Wszystko w porządku? Jak sie czujesz? Jak to się stało? Pamiętasz coś? - potok słów wypływa z jej drobnych usteczek z prędkością karabinu maszynowego.
-Spokojnie, po kolei - uciszam ją ze śmiechem - Już jest dobrze. Kilka pierwszych tygodni, to był koszmar.
Mówiłam prawdę, to było okropne. Byłam cała obolała i posiniaczona, z wielką dziur w pamięci. Nie chciała bym przechodzić tego jeszcze raz. I nikomu, nawet najgorszemu wrogowi, tego nie życzę. - Z samego wypadku dużo nie pamiętam. Jakieś urywki, przebłyski, rozmazane, niewyraźne twarze i kakofonia dźwięków. Jechałam z kimś samochodem. Grała bardzo głośna muzyka, a my chyba śpiewaliśmy i bardzo się wygłupialiśmy. Ale nie wiem kto to był, nie mogę sobie przypomnieć. A już za chwilę, jak by z podziemi, pojawiła sie wielka ciężarówka. Potem pamietam tylko głośny huk i przerażający ból. I tyle-dokończyłam, wzruszając przepraszająco ramionami. Śliczna buźka dziewczyny wykrzywiła się ze współczucia.
-I nie pamiętasz z kim jechałaś? - zapytała ostrożnie.
- Niestety nie.
- A to co?- podążyłam za jej spojrzeniem. Z pod bluzki wysunął się mój srebrny wisiorek, z papierowym samolocikiem jako przywieszką. Podobno gdy przyjechało pogotowie, ściskałam go w pięści, chociaż byłam nieprzytomna. Miła pielęgniarka która się mną opiekowała, stwierdziła że to mój szczęśliwy amulet, który mnie uratował.
-Oh, to. Mam go od wypadku - uśmiechnęłam się czule, łapiąc samolocik w dwa palce.
- Ładny - mruknęła tylko, ucinając temat.
Siedziałyśmy tak do wieczora, śmiejąc się i wygłupiając.
- Może wybierzemy się jutro do wesołego miasteczka? - zaproponowała, gdy zegnałyśmy się przy wyjściu. Zastanowiłam się. Tak dawno nigdzie nie byłam.
- Jasne, to świetny pomysł - zgodziłam się.
- Super! W takim razie do jutra Lu - cmoknęła mnie w policzek i wyszła.
Teraz czas na krok drugi - wyjście z przeklętej wieży.
