Jestem w parku. Ciepły, letni wietrzyk rozwiewa moje włosy. Jest wieczór i w koło nie ma nikogo. Tylko z oddali dobiega przytłumiony odgłos samochodów. Ciemność obejmuje wszystko. Tylko nikły blask księżyca i małe płomienie kilku świeczek, stojących na kocu, rozjaśniają mrok. Nie jestem jednak sama. Czuje obok siebie obecność drugiej osoby. Nie znam jej a jednocześnie znam. Jest mi dobrze. Czuje się bezpieczna, chroniona. Cisza która między nami panuje nie jest niekomfortowa, wręcz przeciwnie. Jest dobra, słowa nie są tu potrzebne. Odwracam powoli głowę, ale ciemność skrywa twarz chłopaka, Wytężam wzrok aby coś dostrzec, ale nie mogę. Chcę go zobaczyć, musze to zrobić ale nie mogę...
- Na zawsze Lulu, pamiętaj. - Szepcze chłopak. Ma niski, lekko ochrypnięty głos. Taki piękny i znajomy. Znam go, czuje to...
I nagle wszystko się oddala, rozmazuję, znika. Nie ma już nic, prócz pary zielonych oczu.
Zdumiewających, zielonych oczu, patrzących na mnie z miłością.
Budzę się ze smutkiem.